Weekend był mój. Taki mój MÓJ. Zaplanowany według MOJEGO widzi misie, według tego co JA potrzebuję, co MI sprawia przyjemność i satysfakcję, z ludźmi, którzy są baaaardzo pozytywnymi iskierkami w MOIM życiu. Takie weekendy potrzebne są właśnie po to by się na chwilkę zatrzymać, wziąć głęboki oddech, naładować baterie… Zapomniałam o pracy i głupotach na które do tej pory bezsensownie traciłam swoją energie i czas. Mam więc w sobie gigantyczną dawkę energii, która mimo dość dużego zmęczenia po przetańczonej do świtu nocy, rozpiera mnie na prawo i lewo. I chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że jestem po prostu szczęśliwa. Nie potrzeba przeżyć całego swojego życia, aby dowiedzieć się jaka jest recepta na to, by doprowadzić się do takiego stanu :) Grunt to otaczać się odpowiednimi ludźmi, mieć swoje pasje i czas dla siebie. I to nie jest wcale egoizm… Moje szczęście nie miałoby miejsca gdyby nie osoby z nim związane… I nie mam tu na myśli płci męskiej. Dla mnie składnikiem szczęścia jest też dawanie siebie innym… I tego się będę trzymać. Trzeba dbać o siebie, swoje potrzeby i swój stan ducha, bo nikt inny za nas tego nie zrobi :)
To chyba był ogólnie dobry weekend ;D bo ja też miałam miły, i kilka innych osób też :) to był chyba taki trend! Oby tak dalej :)
OdpowiedzUsuńZazdroszczę weekendu od początku do końca Twojego. Ja właśnie na taki czekam. Z dala od pracy, telefonu i wiecznie chcącego czegoś kogoś :)
OdpowiedzUsuń